środa, 31 sierpnia 2011

Metoda flashcardów

Kiedy Ninka miała 14 miesięcy, znalazłam szkolenia Instytutu Rozwoju Małego Dziecka, prowadzone przez Anetę Czerską. Dotyczyły one niesamowitych i zaskakujących dla mnie wtedy sposobów nauki niemowlęcia czytania, matematyki, wiedzy encyklopedycznej, języków, gry na instrumentach etc. opartych na stymulacji prawej półkuli. Pochłonęłam wszystkie odmiany kursów, jakie mogłam i byłam bardzo z jednej strony zadowolona z siebie, że się o tym wszystkim dowiedziałam, a z drugiej zawiedziona, że tak późno: w pierwszym roku życia dziecka tworzy się najwięcej połączeń nerwowych w mózgu i jest to okres, w którym trzeba najwięcej go stymulować i w którym dziecko uczy się najszybciej.

Ale niezrażona natychmiast przystąpiłam do tworzenia planu słów/zdań/książeczek i zabrałam się do mozolnej pracy. Najpierw robiłam karty sama flamastrami, ale zajmowało mi to codziennie cały wieczór, a mąż narzekał że nie ma kiedy nawet ze mną porozmawiać. Chociażby ;)

Potem postanowiłam drukować sobie napisy i przyklejać do kartoników. Mnóstwo czasu do przodu, mnóstwo tuszu w plecy. Dlatego teraz robię prezentacje w Power Point'cie i wyświetlam Miśce na zmianę z matematyką. Bo do matematyki zakupiłam w Instytucie program – robienie kart z działaniami do tego przekroczyłoby moje moce wytwórcze. A o ile w czytaniu jest ważne, by dobierać słowa do znajomości i zainteresowań dziecka oraz tak, żeby można było na ich bazie robić książeczki, o tyle w matematyce stochastyczność króluje.

Nince bardzo podobały się na początku karty, później już się nieco znudziła. Dlatego robimy sobie czasem przerwy. Bardzo lubi za to książeczki, które dla niej robię i o ile na początku skupiała się głównie na rysunkach (w książeczkach tych jest na jednej stronie zdanie, a na następnej jego ilustracja), to teraz ogląda też uważnie zdania. A tak wygląda moja pierwsza książeczka:

Z książeczkami też się lenię i rysuję je teraz w Photoshopie, a nie ręcznie. Czasem używam zdjęć, jeśli książeczka jest o Nince i ściągniętych materiałów jak jest np. o zwierzątkach czy owocach. Muszę tylko chodzić do Mamy drukować, bo moja przemądrzała drukarka nie chce wciągnąć innego formatu niż A4, a książeczki są dłuższe…

Natomiast matematykę Ninusia polubiła od początku (ma to po mamusi :)) i zawsze kiedy pytam: „chcesz matematykę?” leci zadowolona do mojego gabinetu i sadowi się przed laptopem. Aczkolwiek zauważyłam że skupia się na kropkach i cyfrach, a działania już mniej ją pociągają. Na razie ;)

Teraz za to niestety strzeliłam sobie gola we własną bramkę, bo jak na wakacjach była chora i nie mogła wysiedzieć w pokoju, to pokazywałam jej filmiki na youtube dotyczące jej nowej pasji: koniach i teraz jak idziemy do kompa, to się domaga koników zamiast nauki… I mam dylemat: puszczam jej na zmianę filmiki i flashcardy, ale ona chce w kółko tę samą piosenkę z konikiem i nie wiem, czy pokazując jej w międzyczasie słowa i matematykę nie pojawia się element przymusu, którego być absolutnie nie powinno…


No i efektów za bardzo nie ma tych metod na razie. Ninka na każdą liczebność mówi: tsi ;))), a ze słów to rozpoznaje chyba tylko swoje imię. Ale nic to, nie od razu Kraków zbudowano :)

Montessori - późne odkrycie

Od pewnego czasu poszukiwałam przedszkola dla Ninki, bo uznałam że poślę ją do niego jak skończy dwa latka. W końcu obecne przedszkola to nie to, co 30 lat temu i dzieci mają tam mnóstwo atrakcji i uczą się wielu rzeczy.

Zwiedziłam jedno polecane przedszkole w okolicy: budują 5m od płotu autostradę - dziękuję. Drugie polecane: to samo, bo jest przecznicę dalej.

Przypadkiem dowiedziałam się o nowym przedszkolu w okolicy, oferującym nauczanie dwujęzyczne: jedna ciocia mówi po polsku, a druga po angielsku. W dodatku ma być wprowadzona nauka czytania wg Domana, które stosujemy odkąd się dowiedziałam o tej metodzie, więc się zachwyciłam. Że nowe - cóż, przynajmniej będzie mniej dzieci :)

Teraz przedszkole oferuje dwugodzinne zajęcia adaptacyjne, które trwają przez ostatnie 2 tygodnie sierpnia i można poobserwować jak dziecko odnajduje się w grupie i jak funkcjonuje przedszkole. 

Jednocześnie badając inne opcje zainteresowałam się pedagogiką Montessori, bo wiedziałam tylko bardzo ogólnikowo na czym ona polega. I muszę przyznać, że im więcej o niej czytam, tym bardziej mnie fascynuje i jednocześnie tym bardziej mnie irytuje 'standardowe' podejście. Głównie dostęp do nierozwojowych zabawek, szczególnie że Ninka jest bardzo samodzielna i najwyraźniej rośnie na indywidualistkę, bo nie zawsze chce robić to co inni, skutkiem czego dzieci cośtam robią, a ona sama wozi lalki w wózku albo skacze na osiołku. Bardzo edukacyjnie. A że jest uparta bardziej od tego osiołka, na którym jeździ, to ciężko ją namówić do czegoś, na co aktualnie nie ma ochoty, w związku z czym lepiej żeby opcje do wyboru były po prostu sensowniejsze. 

A że poznając teorię Montessori oczywiście jak zwykle zaczęłam żałować, że tak późno się o niej dowiedziałam (tak samo było z Naturalną Higieną Niemowląt i metodą Glena Domana), to szybciutko postarałam się wprowadzić jego elementy do naszego codziennego życia. Ale o tym w kolejnych postach :) I z dumą uznałam, że niektóre rzeczy wprowadzam już od dawna intuicyjnie: nauka dobrych manier (Ninka już odkąd ma rok z kawałeczkiem mówi "dzi" kiedy coś dostanie i usłyszy "proszę", albo jeśli się jej w czymś pomoże i wygląda na to, że weszło jej to w krew), dużo swobody w wykonywaniu samodzielnych czynności i nakłanianie do zachowania porządku (czasem potrafi coś specjalnie nakruszyć, żeby móc pójść po szczotkę i zmiotkę i sprzątnąć) oraz podchodzenie do niej z szacunkiem i spokojnie, choć to bywa trudne czasami...

Dlatego czytając o przedszkolach Montessori już zaczęła jawić się przede mną wizja, że to idealne miejsce dla mojego dziecka. Początkowe obawy już się częściowo rozwiewają tzn.: czy takie podejście nie uczy przypadkiem gorzej zachowania w grupie i czy brak ocen (bo oczywiście rozważam też kontynuację nauki w szkole Montessori - tak już mam, że jak planować, to co jutro na obiad - niekoniecznie, za to co za 5 lat - jak najbardziej) nie jest demotywujący dla dzieci, które nie są specjalnie ambitne i pracowite z natury i czy dziecko po przedszkolu Montessori poradzi sobie w zwykłej szkole publicznej (jeśli jednak do takiej pójdzie). Nadal trapi mnie możliwość 'wyślizgania się' dziecka z przedmiotów, które go nie interesują, skoro może pracować nad tym, co sobie samo wybierze oraz ograniczenia tego, co będzie chciało kształcić, tzn. jeśli zrobi np. program matematyki w 4 lata, to czy nauczyciel jest przygotowany żeby zaproponować mu bardziej zaawansowany program w 5 i 6 'klasie'? 

Na razie umówiłam się na połowę września na wizytację i spotkanie z dyrektorem, ale uznałam za dobry znak fakt, że przedszkole przenosi się bliżej naszego domu, o czym wcześniej nie wiedziałam!

wtorek, 30 sierpnia 2011

Po co mi blog?

Mi? Żeby jeszcze bardziej zdusić mój czas wolny? (Co to jest czas wolny w ogóle???)

Bloga piszę tak naprawdę dla mojej Córeczki Ninki. Dlaczego? Bo ostatnio wskutek dokształcania się internetowego w pedagogice Montessori etc. natrafiłam na kilka wspaniałych blogów prowadzonych przez rodziców i żałowałam, że ja nie prowadziłam Nince pamiętnika od początku. Bo wiele rzeczy się zapomina, a już nie sposób umiejscowić ich w czasie... Mimo że Mała ma dopiero 21.5 miesiąca, ja już wielu rzeczy nie pamiętam, a szkoda!

Nie mam ambicji, żeby to był blog mądry i kształcący, pomagający innym rodzicom we wprowadzaniu elementów wczesnej edukacji, nie: to ma być pamiętnik i tyle. A że internetowy: cóż, w końcu Googlowi dyski tak łatwo nie padną, jak łatwo psują się sticki i płytki CD ;)


No dooobra, dla siebie trochę też: lubię pisać (mimo że robię to też zawodowo, acz w zupełnie innej tematyce) i już jednego pseudo-bloga zaliczyłam (budowlanego) - teraz czas na uporządkowanie wiedzy i doświadczeń związanych z największym i najważniejszym, a co kluczowe: najbardziej satysfakcjonującym projektem życiowym, jakim jest Macierzyństwo.