Kiedy Ninka miała 14 miesięcy, znalazłam szkolenia Instytutu Rozwoju Małego Dziecka, prowadzone przez Anetę Czerską. Dotyczyły one niesamowitych i zaskakujących dla mnie wtedy sposobów nauki niemowlęcia czytania, matematyki, wiedzy encyklopedycznej, języków, gry na instrumentach etc. opartych na stymulacji prawej półkuli. Pochłonęłam wszystkie odmiany kursów, jakie mogłam i byłam bardzo z jednej strony zadowolona z siebie, że się o tym wszystkim dowiedziałam, a z drugiej zawiedziona, że tak późno: w pierwszym roku życia dziecka tworzy się najwięcej połączeń nerwowych w mózgu i jest to okres, w którym trzeba najwięcej go stymulować i w którym dziecko uczy się najszybciej.
Ale niezrażona natychmiast przystąpiłam do tworzenia planu słów/zdań/książeczek i zabrałam się do mozolnej pracy. Najpierw robiłam karty sama flamastrami, ale zajmowało mi to codziennie cały wieczór, a mąż narzekał że nie ma kiedy nawet ze mną porozmawiać. Chociażby ;)
Potem postanowiłam drukować sobie napisy i przyklejać do kartoników. Mnóstwo czasu do przodu, mnóstwo tuszu w plecy. Dlatego teraz robię prezentacje w Power Point'cie i wyświetlam Miśce na zmianę z matematyką. Bo do matematyki zakupiłam w Instytucie program – robienie kart z działaniami do tego przekroczyłoby moje moce wytwórcze. A o ile w czytaniu jest ważne, by dobierać słowa do znajomości i zainteresowań dziecka oraz tak, żeby można było na ich bazie robić książeczki, o tyle w matematyce stochastyczność króluje.
Nince bardzo podobały się na początku karty, później już się nieco znudziła. Dlatego robimy sobie czasem przerwy. Bardzo lubi za to książeczki, które dla niej robię i o ile na początku skupiała się głównie na rysunkach (w książeczkach tych jest na jednej stronie zdanie, a na następnej jego ilustracja), to teraz ogląda też uważnie zdania. A tak wygląda moja pierwsza książeczka:
Z książeczkami też się lenię i rysuję je teraz w Photoshopie, a nie ręcznie. Czasem używam zdjęć, jeśli książeczka jest o Nince i ściągniętych materiałów jak jest np. o zwierzątkach czy owocach. Muszę tylko chodzić do Mamy drukować, bo moja przemądrzała drukarka nie chce wciągnąć innego formatu niż A4, a książeczki są dłuższe…
Natomiast matematykę Ninusia polubiła od początku (ma to po mamusi :)) i zawsze kiedy pytam: „chcesz matematykę?” leci zadowolona do mojego gabinetu i sadowi się przed laptopem. Aczkolwiek zauważyłam że skupia się na kropkach i cyfrach, a działania już mniej ją pociągają. Na razie ;)
Teraz za to niestety strzeliłam sobie gola we własną bramkę, bo jak na wakacjach była chora i nie mogła wysiedzieć w pokoju, to pokazywałam jej filmiki na youtube dotyczące jej nowej pasji: koniach i teraz jak idziemy do kompa, to się domaga koników zamiast nauki… I mam dylemat: puszczam jej na zmianę filmiki i flashcardy, ale ona chce w kółko tę samą piosenkę z konikiem i nie wiem, czy pokazując jej w międzyczasie słowa i matematykę nie pojawia się element przymusu, którego być absolutnie nie powinno…
No i efektów za bardzo nie ma tych metod na razie. Ninka na każdą liczebność mówi: tsi ;))), a ze słów to rozpoznaje chyba tylko swoje imię. Ale nic to, nie od razu Kraków zbudowano :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz