środa, 31 sierpnia 2011

Montessori - późne odkrycie

Od pewnego czasu poszukiwałam przedszkola dla Ninki, bo uznałam że poślę ją do niego jak skończy dwa latka. W końcu obecne przedszkola to nie to, co 30 lat temu i dzieci mają tam mnóstwo atrakcji i uczą się wielu rzeczy.

Zwiedziłam jedno polecane przedszkole w okolicy: budują 5m od płotu autostradę - dziękuję. Drugie polecane: to samo, bo jest przecznicę dalej.

Przypadkiem dowiedziałam się o nowym przedszkolu w okolicy, oferującym nauczanie dwujęzyczne: jedna ciocia mówi po polsku, a druga po angielsku. W dodatku ma być wprowadzona nauka czytania wg Domana, które stosujemy odkąd się dowiedziałam o tej metodzie, więc się zachwyciłam. Że nowe - cóż, przynajmniej będzie mniej dzieci :)

Teraz przedszkole oferuje dwugodzinne zajęcia adaptacyjne, które trwają przez ostatnie 2 tygodnie sierpnia i można poobserwować jak dziecko odnajduje się w grupie i jak funkcjonuje przedszkole. 

Jednocześnie badając inne opcje zainteresowałam się pedagogiką Montessori, bo wiedziałam tylko bardzo ogólnikowo na czym ona polega. I muszę przyznać, że im więcej o niej czytam, tym bardziej mnie fascynuje i jednocześnie tym bardziej mnie irytuje 'standardowe' podejście. Głównie dostęp do nierozwojowych zabawek, szczególnie że Ninka jest bardzo samodzielna i najwyraźniej rośnie na indywidualistkę, bo nie zawsze chce robić to co inni, skutkiem czego dzieci cośtam robią, a ona sama wozi lalki w wózku albo skacze na osiołku. Bardzo edukacyjnie. A że jest uparta bardziej od tego osiołka, na którym jeździ, to ciężko ją namówić do czegoś, na co aktualnie nie ma ochoty, w związku z czym lepiej żeby opcje do wyboru były po prostu sensowniejsze. 

A że poznając teorię Montessori oczywiście jak zwykle zaczęłam żałować, że tak późno się o niej dowiedziałam (tak samo było z Naturalną Higieną Niemowląt i metodą Glena Domana), to szybciutko postarałam się wprowadzić jego elementy do naszego codziennego życia. Ale o tym w kolejnych postach :) I z dumą uznałam, że niektóre rzeczy wprowadzam już od dawna intuicyjnie: nauka dobrych manier (Ninka już odkąd ma rok z kawałeczkiem mówi "dzi" kiedy coś dostanie i usłyszy "proszę", albo jeśli się jej w czymś pomoże i wygląda na to, że weszło jej to w krew), dużo swobody w wykonywaniu samodzielnych czynności i nakłanianie do zachowania porządku (czasem potrafi coś specjalnie nakruszyć, żeby móc pójść po szczotkę i zmiotkę i sprzątnąć) oraz podchodzenie do niej z szacunkiem i spokojnie, choć to bywa trudne czasami...

Dlatego czytając o przedszkolach Montessori już zaczęła jawić się przede mną wizja, że to idealne miejsce dla mojego dziecka. Początkowe obawy już się częściowo rozwiewają tzn.: czy takie podejście nie uczy przypadkiem gorzej zachowania w grupie i czy brak ocen (bo oczywiście rozważam też kontynuację nauki w szkole Montessori - tak już mam, że jak planować, to co jutro na obiad - niekoniecznie, za to co za 5 lat - jak najbardziej) nie jest demotywujący dla dzieci, które nie są specjalnie ambitne i pracowite z natury i czy dziecko po przedszkolu Montessori poradzi sobie w zwykłej szkole publicznej (jeśli jednak do takiej pójdzie). Nadal trapi mnie możliwość 'wyślizgania się' dziecka z przedmiotów, które go nie interesują, skoro może pracować nad tym, co sobie samo wybierze oraz ograniczenia tego, co będzie chciało kształcić, tzn. jeśli zrobi np. program matematyki w 4 lata, to czy nauczyciel jest przygotowany żeby zaproponować mu bardziej zaawansowany program w 5 i 6 'klasie'? 

Na razie umówiłam się na połowę września na wizytację i spotkanie z dyrektorem, ale uznałam za dobry znak fakt, że przedszkole przenosi się bliżej naszego domu, o czym wcześniej nie wiedziałam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz