wtorek, 15 listopada 2011

Angielski - c.d.

W końcu udało nam się zapisać na zajęcia metodą Helen Doron. Oczywiście panie o mnie zapomniały i okazało się że grupa już jest i są w połowie kursu... Wrrr!
Ale nic to, ważne żeby się osłuchiwać, a nie lecieć od początku "wg programu". Zajęcia są strasznie śmieszne, są bliźniaki dziewczynka i chłopiec 2.5 roku, do tego jeszcze dziewczynka i chłopiec w podobnym wieku i nasz Mały Tajfun między nimi ;))) Ninka już coraz bardziej wyraźnie się socjalizuje, coraz więcej czynności robi z innymi dziećmi, udaje samolot, wstaje i siada jak trzeba (a potem zaraz się kładzie i turla jak nie trzeba, ale nic to), próbuje powtarzać słowa, naprawdę mi się podobają te zajęcia, a naczytałam się wiele negatywnych opinii o tej metodzie. M.in. o badaniu porównującym umiejętności językowe dzieci z rodzin dwujęzycznych i uczonych tą metodą. Badanie dla mnie kompletnie tendencyjne, BTW...
Pani jest spokojna, zajęcia są ciekawe dla dzieci, ale nowe słowa wchodzą dość powoli, dzieci bez problemu intuicyjnie je rozumieją i świetnie się przy tym bawią, a ja pękam ze śmiechu na to co się tam wyprawia, a szczególnie co robi Ninka: jak "jedziemy" wokół pokoju, ona jedzie pod prąd, jak tańczymy, ona skacze, jak kolorujemy autobus, ona koloruje pół książeczki, jak trzeba usiąść przodem do pani i coś oglądać, to ona się opiera o panią i przyjmując zblazowaną pozę patrzy na inne dzieci, jakby ona już to dawno słyszała... Śmiech na sali po prostu! Ostatnio zapomniałam telefonu, ale następnym razem zrobię jakiś filmik i go tu wrzucę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz