W ogóle interesuje się literami – odkąd czytam o pedagogice Montessori, nie jestem już taką ortodoksyjną wyznawczynią Domana i uczę ją też literek, nie tylko całych słów. Np. czytam teraz książkę, w której na początku każdego rozdziału pierwsza litera tekstu jest powiększona. I Ninka jak widzi że czytam, podchodzi, kartkuje moją książkę w poszukiwaniu tych dużych liter, a ja jej mówię co to za litera i jakie słowa się na nią zaczynają. Bardzo jej się ta zabawa podoba. Wcześniej w książkach wyszukiwała tylko numery stron i chciała żeby jej odczytywać, bo ciekawiły ją bardziej numerki wtedy.
W końcu wzięłam się też za robienie bitów inteligencji. W zasadzie to nie bity, bo wydaje mi się jednak, że jest za wcześnie na 10 faktów na temat Kazimierza Wielkiego na przykład. Robię prezentacje z ok. dziesięcioma obrazami i tylko czytam ich nazwy: gatunki owadów, obrazy Boticellego, planety, symbole krajów, instrumenty etc. Królują maści koni, muszę zrobić też chyba rasy, bo koniki zdecydowanie są na tapecie. Niusia lubi też sztukę, więc prezentacje malarstwa również cieszą się bisami. W dodatku ja sama podczas robienia prezentacji także dużo się dowiaduję. Np. nie wiedziałam że torbacze mają dwie macice i podwójne prącie…
Od kilku dni puszczam jej też różnorodne flashcardy po angielsku na youtube, pilnując tylko żeby czytający nie mieli silnego akcentu arabskiego albo włoskiego ;) i bardzo jej się to podoba. Mam też flashcardy z ładną wymową na iphonie, którym uwielbia się bawić (odstępstwo na rzecz zachęcenia do siedzenia na nocniku – przyznaję bez bicia), problem tylko w tym, że tam samemu się je przesuwa, a Ninka robi to w takim tempie, że pani nawet nie zdąży wypowiedzieć pierwszej litery… ;) Ale powoli się zaczyna interesować wysłuchaniem, co też pani ma do powiedzenia.
Myślę, że dużo jej dało słuchanie angielskiego w przedszkolu. Muszę jej pościągać więcej bajek po angielsku (czy ja napisałam pościągać??? Kupić oczywiście!) i audiobooków jakichś. Tylko problem w tym, że najlepiej, żeby to był British English, bo ma dużo szerszą skalę częstotliwości niż amerykański, poza tym te częstotliwości idealnie się uzupełniają z – również szerokimi – częstotliwościami języka polskiego. Dlatego dobrze żeby dziecko słuchało brytyjskiego angielskiego, bo wpływa to na utrzymanie szerokiego zakresu słyszalności, jakie mają małe dzieci i jakie są później zatracane wg reguły że nieużywany narząd zanika :) Na pewno więc Teletubisie w oryginale są ok., tylko że tam mało jest mówienia… Muszę więc czegoś jeszcze poszukać, bo klasyka Disneya w oryginale już jest na dysku. Dowiedziałam się że Cbeebies jest kanałem BBC, więc to może być kopalnia brytyjskich bajek :)
A propos osłuchania językowego, to mamy teraz gosposię Ukrainkę, którą prosiłam, żeby mówiła do Ninki po ukraińsku i sama jest zdziwiona, jak dużo Miśka rozumie: czasem nawet ja nie wiem o co chodzi, a ona wie!
Muszę też poszukać na youtube flashcardów, czy nawet piosenek w innych językach: francuski, hiszpański, chiński też na pewno się znajdzie, bo teraz cały świat się uczy chińskiego i bardzo słusznie. Ta potęga kiedyś nas przygniecie :) Znalazłam nawet kursy chińskiego od lat 3 i muszę je zapisać w pamięci zewnętrznej:
Przy okazji: od 3 roku życia nauka gry na instrumencie wg metody Shinichi Suzuki. Korcą mnie skrzypce, ale że metoda polega na tym, że dziecko obserwuje jak gra mamusia i w końcu, tak jak w nauce mowy, zaczyna naśladować w sposób naturalny, obawiam się że z moim słoniowym uchem i brakiem zdolności manualnych fortepian jest lepszym wyborem :) A najlepiej jakby się znalazł jakiś nauczyciel gry na gitarze, to moglibyśmy sobie pograć we trójkę, bo Kamil się uczy od paru lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz