środa, 14 września 2011

Angielski

Ponieważ przedszkole Montessori ma na razie przewagę (decyzję podejmiemy w przyszły wtorek, po wizytacji, ale…), to teraz żałuję tego angielskiego w tamtym przedszkolu. Żadną metodą Ninka się nie nauczy lepiej angielskiego, chyba że zatrudnimy native’a na stałe :)


Dlatego szukam jakichś zajęć, żeby miała chociaż trochę kontaktu z językiem. Cośtam w przedszkolu też będzie, ale czemu nie więcej? Znalazłam zajęcia dla 2-3 latków, ale są strasznie daleko, w godzinach korkowych, za mostem. Odpada. Przypomniało mi się o Helen Doron i postanowiłam o tej metodzie poczytać. Nie zachwyciła mnie: teoretycznie fantastycznie, ale co to za kontakt z językiem raz w tygodniu pół godziny, a potem odsłuchiwanie kaset? Piosenki po angielsku same w sobie nic nie dają, IMHO. Ale że zajęcia są znowu pod nosem (ależ to nasze osiedle jest centrum kultury, okazuje się!) to postanowiłam pójść na zajęcia pokazowe i zobaczymy. Przy wsparciu i ćwiczeniach (oczywiście poprzez zabawę ;) ) w domu, coś powinno z tego wyjść. Na razie nie ma jeszcze grupy (uuu, teoria o naszej dzielnicy being centrum kultury się trochę nadwątliła…), ale mają zadzwonić jak się zbierze tu, albo trochę dalej. Zobaczymy :)

A na stronie British Council jest dużo materiałów dla rodziców chcących uczyć dzieci. No i pierwszą książeczkę z podpisami po polsku i angielsku zanabyłam, a co! Dziecko uczy się w ten sposób bardzo szybko, a że na razie nie rozumie co po angielsku, a co po polsku i co to w ogóle znaczy „w jakimś języku” to w najmniejszym stopniu nie szkodzi :)

No i muszę się w końcu zabrać za dalsze ściąganie brytyjskich bajek (tzn. kupowanie rzecz jasna…), bo mała codziennie rano jak się budzi między 6 a 7, to ją bierzemy do łóżka i włączamy bajki, a one jej się już nudzą te co lecą w Baby TV i CBeebies…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz