Ninka jest fantastyczną dziewczynką – to jasne. Każdy rodzic tak powie o swoim dziecku. No dobra, każdy normalny rodzic. Ostatnio z dumą obserwuję jej dojrzewanie i uspołecznianie się.
Ninusia zawsze była energiczna, krzykliwa i charakterna. Zresztą ma po Kim: złośnica po mnie, uparciuch po tatusiu :) Ale zawsze staraliśmy się panować nad jej napadami złości i ostatnio widzę tego efekty. Tzn. zawsze można było ją jakoś uspokoić (nie dając przy tym tego, o co się drze, co jest tu kluczowe), ale zawsze były lepsze i gorsze dni, w których dużo marudziła i się awanturowała i chciała cały czas być w centrum uwagi. Nie można było spokojnie zjeść obiadu, bo albo ciągnęła za rękę i mówiła: „chodź!”, głucha na tłumaczenie że mamusia/tatuś/babcia/ciocia/ktokolwiek je teraz obiad/pije herbatę/rozmawia/cokolwiek. I awantura gotowa. Druga strategia zakładała robienie niedozwolonych rzeczy z łobuzerskim uśmiechem, najczęściej stawanie na fotelach, czym skutecznie odciągała rodziców od stołu…
Od pewnego czasu i jest to czas krótszy niż miesiąc, widzę że moja złośnica się poskramia. Już można jej wiele rzeczy wytłumaczyć i ona je uznaje. Pamiętam zdziwienie na twarzy mojej przyjaciółki, kiedy byliśmy u nich z wizytą dwa tygodnie temu i Ninka bardzo ładnie bawiła się z prawie dwa lata starszym Guciem, a kiedy podeszła do mnie, żeby mnie gdzieś zaciągnąć, wyjaśniłam jej łagodnie: „mamusia teraz rozmawia z ciocią, pobaw się z Guciem”, a ona bez znaku sprzeciwu obróciła się na pięcie i zadowolona podreptała psuć Guciowi jakąś konstrukcję. Jest coraz bardziej samodzielna i coraz więcej czasu spędza bawiąc się gdzieś tam i tylko co jakiś czas kontrolując czy patrzę: mogę sobie nawet książkę poczytać! Mierzę postępy dziecka w liczbie przeczytanych dziennie stron ;)
Coraz lepiej radzi sobie też w większych grupach dzieci. Wcześniej była typem obserwatorki, przez postronne osoby mogła być nawet uznana za nieśmiałą: w nowej sytuacji nie wkraczała do zabawy, tylko obserwowała otoczenie przez pewien czas. I zawsze musiała mieć gdzieś blisko mamusię. Teraz na placach zabaw czy u znajomych czas obserwacji skrócił się drastycznie (na placu zabaw do zera), a Miśka szaleje po chwili z dzikim śmiechem i z uaktywnionym motorem w pupie. Moja mama mówi, że przypomina jej wtedy mnie w jej wieku. Na placu zabaw patrzy gdzie jestem tylko wtedy, kiedy potrzebuje pomocy albo chce mi pokazać jaką brawurową akcję postanowiła podjąć. Wydaje mi się, że gdybyśmy teraz miały zajęcia adaptacyjne w przedszkolu, to wyglądałyby one zupełnie inaczej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz