Ninka od życia prenatalnego była punktualna i porządna. Usłyszała że doktor wyznaczył termin na 14 listopada, więc 14 listopada wykopała wody płodowe. Wprawdzie troszkę się spóźniła i przyszła na świat 15 listopada o 3:15 :)
A było tak: była sobota, byliśmy na budowie, bo zakładali nam okna. Po obiedzie u rodziców o 17-tej położyłam się na kanapie i poczuwszy coś mokrego wykrzyknęłam: „o [tu następuje słowo niecenzuralne, a że kiedyś ten pamiętnik będzie czytać Bohaterka, to nie mogę zacytować się dosłownie;)], chyba mi wody odeszły!” Podekscytowani pojechaliśmy do domu, żebym mogła się wykąpać, przebrać i zabrać rzeczy i dotarliśmy do szpitala ok. 19-tej. Do 20-tej robili mi KTG szukając jakiś oznak skurczy, ale nic. Trudno, zabrali mnie do sali, w międzyczasie przyjechała nasza położna (cudowna kobieta!) i cierpliwie czekaliśmy aż się zacznie. W końcu o 22-giej dali mi oksytocynę i coś w końcu ruszyło. O 1-szej w nocy byłam gotowa do znieczulenia, bo już były mocne skurcze i rozwarcie niczego sobie. Ale pani doktor uznała że mi zrobi jeszcze jakieś badanie, bo nie podoba jej się spadek (czy wzrost? już nie pamiętam…) czerwonych krwinek. W związku z czym przez godzinę katowały mnie nadal skurcze, ale szczęśliwie o 2-giej dostałam działkę w kręgosłup i, zgodnie z przepowiednią pani położnej, szybko potem zaczęły się bóle parte. I zgodnie ze spostrzeżeniem mojej mamy to skurcze bolą, a bóle parte nie bolą. Dziwne.
Bóle parte okazały się bardzo interesującym doznaniem, podobnie jak kopniaki fasolki uświadamiające że mam zupełnie niezależne życie w środku mnie, które w dodatku bardzo dobitnie wyraża swoją wolę! Ponieważ pani położna zauważyła z rozbawieniem że główka idzie nietypowo twarzą do góry, to kiedy poczułam, że już jest na tym świecie, nie mogłam się powstrzymać od podciągnięcia się do siadu i zajrzenia jej w oczy, wywołując tym lekką panikę na sali ;) I tak, nieco ponad godzinę po znieczuleniu Ninka pojawiła się na świecie i doczekała fantastycznego zdjęcia zrobionego przez tatusia:
Następnie zajęła się wrzaskiem :) Kiedy położono mi ją na brzuchu, nie mogłam się nadziwić, jak ona się tam pomieściła? Ale przede wszystkim byłam wzruszona i szczęśliwa, a jak zabrano ją do ważenia i mierzenia to tylko odliczałam minuty, żeby koniecznie dostać ją do piersi w ciągu godziny po porodzie, bo tak się naczytałam że to ważne :) Ninka przyssała się niemal natychmiast, a ja uśmiechnęłam się do swoich obaw stymulowanych lekturą różnych for internetowych, dotyczących nauki ssania… Problemem było raczej to jak ją odessać – wrzask był jednostajny, kiedy nie miała którejś brodawki w buzi, a przecież na początku tam jest tylko troszkę siary i koniec! Położna przyszła mi z pomocą i poradziła, żebym włożyła jej do buzi mały palec, bo ona przecież nie jest głodna, tylko najwyraźniej straszny z niej ssak… Po godzinie prób wyciągania paluszka myśląc że usnęła, udało się w końcu to zrobić i mogliśmy pójść spać. Tzn. Ninka i tata mogli, ja byłam zbyt rozemocjonowana i nakręcona adrenaliną żeby spać :)
A taka była pierwszego dnia swojego życia i podczas pierwszego ubierania przez mamusię, w szpitalu:
Nigdy później nie zasypiała już z taką łatwością...
Podsumowując: Ninka urodziła się w niedzielę, jako skorpion, a osoby o tym imieniu są „nieśmiałe, skryte i melancholijne, ale zarazem nerwowe, pobudliwe, podejrzliwe, mogą się wydawać nieczułe i obojętne. Mają sporo predyspozycji, by kierować w zawodzie i domu. Często chimeryczne, przysparzają sobie wiele kłopotów w życiu.” (za: Wielka Księga Imion) Świetny start, co? ;) Faktycznie: leniuszek jest (nie chce jej się gadać), generał jest i nieśmiała też jest, jak obserwuję w tym przedszkolu…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz